Warto zastanowić się, czy w poszukiwaniu niestandardowych form kreowania marki i docierania do swoich klientów nie wykorzystać rosnącego potencjału vlogerów.
„Kiedy za oceanem dyskutowano o zaletach i wyższości vloggingu -nad bloggingiem, w Polsce stawiano pytania o sens wykorzystywania blogów w komunikacji korporacyjnej. Cóż... nowe trendy w kraju nad Wisłą zadomowiają się przynajmniej z 2-letnim opóźnieniem. Dziś polskich vlogerów, czy też showmanów z YouTube, którym warto poświęcić uwagę, jest wciąż jeszcze niewielu. A jednak ich potencjał jest na tyle duży, że niektóre marki zdążyły już wykorzystać to narzędzie do realizacji własnych celów marketingowych. Czy, jak i dlaczego warto współpracować z twórcami treści wideo w internecie, opisuję na konkretnych przykładach, także z rodzimego podwórka. Mój mały Hollywood. Jak wiele trendów, tak i vlogging przywędrował z USA. Skokowy szczyt popularności amerykańskie vlogerki zdobyły ok. 4 lat temu. Pierwszą z nich, która przekroczyła milion subskrypcji, była Michelle Phan. Jej vlog to dziś poradnik o modzie i wizażu dla milionów internautek z całego świata. Pojedyncze odcinki notują niekiedy ponad 2 miliony odsłon. Nie mniejszy sukces osiągnęła Brytyjka Lauren Lukę, znana w sieci pod pseudonimem panacea81. Choć liczba jej subskrybentów wynosi jedynie pół miliona, to może się ona poszczycić kosmetykami pod szyldem własnego nazwiska, dwiema autorskimi książkami i stałą rubryką w brytyjskim dzienniku „The Guardian" – podaje Marketing w Praktyce.
„Na polskim podwórku również wykształciła się już niewielka grupka vlo-gerek, produkujących treści wideo o tematyce podobnej do swoich zachodnich koleżanek. To głównie znane z blogosfery fashionistki, czy jak kto woli szafiarki oraz wizażystki. Mogą one na razie pomarzyć o statystykach wyświetleń czy subskrypcjach z sześcioma cyframi. Jednak kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń i kilkanaście tysięcy stałych widzów to już łakomy kąsek dla przedstawicieli nie tylko największych marek. Ja, kamera i szminka. Vlogerki z pozoru niewiele różnią się od klasycznych blogerek. Także, a może i przede wszystkim, są żywymi przewodniczkami po świecie mody, koleżankami z sieci, które inspirują i podpowiadają. Są w końcu też prosumentkami, market mavens, grupą konsumentek, która ma z pewnością dziś spory udział w rozpowszechnianiu informacji o usługach i produktach w społeczeństwie. Twórczynie treści wideo w sieci publikują przede wszystkim filmiki instruktażowe. Pokazują na nich, jak zrobić makijaż czy ułożyć włosy, prezentując przy tym produkty, które w ich opinii najlepiej się do tego nadają. Widz obcuje ze słowami i wizerunkiem żywej osoby, a nie tylko jej tekstem. Wszystko jest więc bardziej autentyczne. O wiele łatwiej jest przecież przekazać instrukcje dotyczące makijażu na filmie, niż opisać to słowem czy statyczną fotografią. Wystarczą im jako scenografia cztery ściany własnego pokoju, kamerka internetowa i kosmetyczka. Fashionistki z kolei zabierają niekiedy kamery do sklepów odzieżowych, eksponują konkretne metki i doradzają, w co się ubierać na różne okazje. Pole do popisu dla marketerów jest tutaj ogromne. Wypowiedziane przez zachodnie gwiazdy YouTube słowa działają na ich fanki niczym zaczarowana różdżka. Rekomendowane przez nie produkty wnet znikają ze sklepowych pólek. W tej sytuacji nic dziwnego, że marki zaczęły same się zgłaszać, a vlogerki mogły wybierać, z kim chcą współpracować. Siła polskich odpowiedniczek Lauren Lukę i Michelle Phan jest z pewnością słabsza, ale na tyle duża, że niektórym z nich kosmetyki przekazują takie marki jak Vichy czy mniej znane Vipera i Joko. Sieć aptek Super-Pharm sponsorowała odcinki jednej z nich, a drogerie Rossman rozpisały swego czasu konkurs na najlepszy wideoblog. To konkretne przykłady świadczące o tym, że choć vlogging w Polsce raczkuje, to wcale nie jest ignorowany - przeciwnie. Da się już zauważyć spory wachlarz marketerskich działań tego typu w zakresie kreowania marki w sieci. Warto jednak pamiętać, że prosumenci, choć nie są liczną grupą, to jednak niezwykle wpływową w swoich środowiskach. Mają rozległą wiedzę o produktach i usługach swoich ulubionych marek. Biorą aktywny udział w procesie ich tworzenia, dzielenia się swoją opinią i doświadczeniem. Niegdyś informacje te przekazywane były ustnie, dziś prosumenci robią to recenzując produkty właśnie na ylogach, biorąc udział w dyskusjach na forach internetowych, czy publikując krótkie wiadomości w swoich profilach na Facebooku” – czytamy w Marketing w Praktyce.
Więcej w najnowszym wydaniu Marketing w Praktyce
Źródło: Marketing w Praktyce, Kamil Newczyński, 2012-01-03, Str.: 12