Jeśli wierzyć reklamom, zaciera się linia podziału między pożywieniem a medycyną. Nie po raz pierwszy zresztą. Witaminomania, która dosięgła świat w latach 30. i 70. ubiegłego wieku w końcu przyniosła eksplozję żywności o zbawiennych ponoć cechach dla naszego zdrowia.
„W1996 roku amerykański przedsiębiorca Darius Bikoff wypuścił na rynek słodzoną wodę z dodatkiem witamin pod nazwą Vitaminwater. 5 lat później sprzedał tę markę Coca-Coli za 4,1 mld dol. Jeśli szukać przełomu w naszym podejściu do żywności, trzeba się cofnąć do 1977 r. Wtedy to właśnie, w odpowiedzi na alarmujący wzrost przypadków chorób chronicznych związanych z dietą - w tym schorzeń serca, cukrzycy i raka - komitet Senatu USA do spraw wyżywienia pod kierownictwem Georgesa McGoverna ustalił, że w czasie II wojny światowej, gdy mięso i produkty mleczne były w Ameryce racjonowane, spadła liczba przypadków chorób serca. Po wojnie znów dramatycznie podskoczyła, szczególnie w porównaniu z krajami, gdzie tradycyjne diety wykorzystywały produkty roślinne” – podaje Polityka.
„Wyposażony w tę wiedzę komitet przygotował dokument pod tytułem "Dietetyczne cele dla Stanów Zjednoczonych". Raport McGoverna, jak ochrzczono ten dokument, zalecał Amerykanom ograniczenie spożycia mięsa i produktów mlecznych. I wtedy rozpętała się burza. Potężne lobby zmusiło senatorów do rejterady. Raport napisano od nowa. W miejsce prostego "jedz mniej mięsa" pojawiło się: "wybieraj mięsa, drób i ryby, które obniżą spożycie nasyconych tłuszczy". Lingwistyczna kapitulacja nie uratowała McGoverna. Lobby producentów wołowiny zakończyło jego polityczną karierę, wysyłając jasny sygnał tym wszystkim, którzy mogliby wejść wołowinie w drogę. Od tego czasu rządowe rekomendacje w kwestii diety starannie omijały proste słowa i żonglowały naukowymi eufemizmami. Przemysł spożywczy zabrał się zaś energicznie za reinżynierię tysięcy popularnych produktów tak, aby zawierały one więcej składników uznanych przez naukę i rząd za dobre, i mniej tych, uznanych za złe. Supermarkety zalała powódź niskotłuszczowej wieprzowiny, niskotłuszczowego makaronu, niskofruktozowego (i niskotłuszczowego!) syropu, czyli słodzika kukurydzianego. Aby ostatecznie pognębić zmorę tłuszczu, Amerykanie rzucili się z pasją na węglowodany i na tej nowej niskotłuszczowej diecie Ameryka błyskawicznie przybrała na wadze. A niedługo potem epidemia "zdrowej", a jednak tuczącej żywności wylała się poza granice supermocarstwa” – czytamy w Polityce.
Więcej w najnowszym magazynie Polityka.
Źródło: Polityka, Andrzej Lubowski, 2010-09-11, str. 52