Koniec wyborczej batalii to nie koniec chaosu na Ukrainie. Kraj wraca do czasów sprzed pomarańczowej rewolucji. Tylko nowej rewolty nikomu już nie chce się robić.„Rozkładana tyczka musi mieć odpowiednią długość. Trzy metry i ani centymetra mniej, ani więcej. Na szczęście sklepy wędkarskie w Zaporożu są pełne rozkładanych wędek z włókna węglowego „made in China". Są tanie (zaledwie 80 hrywien, czyli niecałe 30 złotych) i lekkie, można je złożyć i schować za szafą, by leżały spokojnie do następnych wyborów. Taką tyczkę ma od czasów pomarańczowej rewolucji dwudziestokilkuletni Witalik. A ponieważ nie lubi łowić ryb, wędka przydaje się tylko w czasie wyborów. Wówczas przynosi niezły zysk. Mężczyzna zawiesza na niej niebieską flagę i pracuje jako zawodowy agitator dla obozu Wiktora Janukowycza. Z dumą mówi, że robi w „pijarze" politycznym. Poza tym nie robi nic. Przyszedł kryzys i na Zaporożu pracy nie ma. Miesiąc temu Witalik dostał od Partii Regionów nowiutką ortalionową kurtkę w niebieskich barwach. Na zimowe mrozy raczej się nie przyda, ale na wiosnę będzie idealna. Tylko napisy „Za Janukowycza” na plecach trzeba zmazać, bo głupio tak chodzić po wyborach. Za darmo Witalik nie ma zamiaru uprawiać politycznej agitacji, bo polityka to tylko biznes. W zeszły piątek Witalik stal na ulicy Lenina w Zaporożu już od ósmej rano. Tego dnia przyjechał do miasta kandydat Wiktor Janukowycz. Kawalkada opancerzonych furgonetek marki Chevrolet przemykała z ogromną prędkością po ulicach oczyszczonych z innych aut przez milicję. Na każdym rogu lider Partii Regionów musiał zobaczyć setki ludzi wymachujących niebieskimi flagami zatkniętymi na trzymetrowych tyczkach. Gdy tylko przemknął, chorąży (każda grupka niebieskich ma swojego dowódcę) szybkimi komendami przeganiał swoich agitatorów w inne miejsce, aby dziennikarze mieli wrażenie, że całe miasto wyległo witać Janukowycza. Chorążowie to zwykle byli milicjanci. Doskonale znają topografię miasta” – czytamy w Newsweeku.
„Witalikowi opłacało się marznąć. Do kieszeni wpadło 200 hrywien (75 zl), a to tylko jeden dzień pracy. W czasie kampanii wyborczej wziął udział w kilkunastu wiecach Janukowycza, także w innych miastach. Głosuje na niego, choć nigdy nie wsłuchiwał się w to, co mówi. Głos Witalika Janukowycz dostaje niejako w pakiecie. Agituje, to i zagłosuje. - Dla mnie to tylko biznes! - mówi z dumą Witalik. Na Ukrainie polityka już dawno stała się dziedziną gospodarki. Taką samą jak handel, usługi czy transport Wartości, idee i wizje rozwoju kraju z czasów pomarańczowej rewolucji odeszły do lamusa. Liczy się bezwzględna rywalizacja specjalistów od prymitywnego PR politycznego. Ukraina cofnęła się do roku 2004. W polityczną rozgrywkę wciągane są służby specjalne, milicja i media. Dziennikarze, jak za czasów Kuczmy, piszą teksty na zamówienie polityków. Za sprawą zatrważająco powszechnej korupcji i wszechwładzy oligarchów Ukraina znów tkwi w- geopolitycznej próżni między Europą a Rosją. Tylko że dziś na Ukrainie nie ma już „dobrych” i „złych”. O manipulacje przy urnach będą podejrzewane sztaby obojga kandydatów. I inaczej niż pięć lat temu rewolucji nie będzie. Nie ma ani idei, ani liderów, w obronie których Ukraińcy chcieliby wylec na Majdan. Przecież polityka to tylko biznes” – podaje Newsweek.
Więcej w najnowszym Newsweeku.
Źródło: Newsweek, Michał Kacewicz, 2010-02-08, str. 56